Pszczele nowości 2022 – Trachusa byssina

Dziś drugi odcinek telenoweli pod tytułem „jakie nowe gatunki pszczół Żołna widziała w tym roku”. Historia będzie z dreszczykiem, takim na miarę Żołny. Ale najpierw przedstawię jej główną bohaterkę.

Ze smółką komonicówką (Trachusa byssina) zaznajomiłam się bliżej dzięki Kamili Chomicz, która gości te sympatyczne pszczoły niedaleko swojego domu. Nie, nie zobaczyłam ich tam na żywo, ale poznałam dzięki zdjęciom i opowieściom Kamili. Smółka komonicówka to jedyny przedstawiciel swojego rodzaju (Trachusa) żyjący w Polsce, i jedyny w Europie bez żółtego koloru w ubarwieniu ciała (chociaż nie, jest jeden żółty akcent, to twarz u samców). Podczas gdy inne smółki bywają podobne do makatek, z powodu żółtych pasków na odwłoku, smółkę komonicówkę prędzej można pomylić z jakąś brązową murarką. Jej ciało jest czarne, pokryte futerkiem w odcieniach beżowo-brązowych. Zresztą zobaczcie sami.

Smółka komonicówka gniazduje w ziemi, w samodzielnie wykopanych tunelach, które wykłada kawałkami liści oraz żywicą. Jest wyspecjalizowana pokarmowo – zbiera pyłek z kwiatów roślin motylkowych, ze szczególnym upodobaniem wobec, cóż za zaskoczenie, komonicy.

Moje pierwsze spotkanie ze smółką należało, podobnie jak w poprzednio opisywanej na blogu historii, do przypadkowych. Nie szukałam jej specjalnie i nie wiedziałam, że ją znajdę w tym akurat miejscu i czasie. Pewnego lipcowego dnia pojechałam do Warszawy na kolejne obserwacje pszczół w Kampinoskim Parku Narodowym, gdzie prowadzę badania. Wstałam o nieżołniej porze, żeby zdążyć na poranny pociąg, dzięki czemu koło południa byłam już na miejscu i po zostawieniu walizki ruszyłam do Puszczy. Pogoda była piękna, nawet aż za. Kiedy wracałam z obserwacji, od gorąca i niewyspania zaczynała już lekko boleć mnie głowa, ale że wciąż było w miarę wcześnie, to uznałam, że wycieczka do Lasu Bemowskiego będzie świetnym pomysłem. Są tam miejsca bardzo bogate w pszczoły, gdzie zawsze można liczyć na coś ciekawego. Kiedy przyjechałam, głowa bolała trochę bardziej… Ale przecież to miał być tylko rekreacyjny krótki spacer, a potem do domu. Cóż, nie wyszło.

Chodząc po łące, w pewnym momencie zobaczyłam podejrzaną brązową pszczołę odwiedzającą kwiaty roślin motylkowych. Niewiele myśląc, złapałam ją, żeby obfotografować z każdej strony i w miarę możliwości oznaczyć gatunek. Z szybkich oględzin wyszło na to, że właśnie spotkałam swoją pierwszą smółkę, samiczkę. Jak to często bywa (niestety, również w przypadku gatunków dla mnie ciekawych albo trudnych do oznaczenia), pszczoła była sprytniejsza i uwolniła się, zanim zdążyłam ją obfotografować ze wszystkich stron. W tym momencie głowa bolała już bardzo, bo pomimo późnej pory wcale nie było specjalnie chłodno, ale skoro wiedziałam już, że jest tutaj komonicówka, to uznałam, że nie ruszę się stąd bez jej zdjęć na kwiatach. No i zaczęło się czekanie i wypatrywanie. Na szczęście się doczekałam i nie musiałam nocować na łące 😉

Niestety okazało się, że ten dzień był stanowczo zbyt długi. Zlekceważenie sygnałów dawanych przez mój organizm, że może byśmy tak zwolnili, musiałam nieco odchorować, a następnego dnia zamiast w głąb Kampinosu powędrowałam do Łazienek, gdzie snułam się w ślimaczym tempie, wypatrując pszczół na rabatkach. No, ale swoją smółkę miałam.

Niedługo później w innym miejscu spotkałam do kompletu samca. Możecie zobaczyć na zdjęciach tę żółtą buzię, o której wspominałam.

Pszczoła na sobotę

Rożyca błękitnawa, Ceratina cyanea, na jasieńcu. Zwróćcie uwagę na metaliczny połysk widoczny na tułowiu i na różowy pyłek w szczoteczce na tylnej nodze 🙂 Rożyce to stosunkowo małe pszczoły, i trzeba im się dobrze przyjrzeć, żeby dostrzec ten piękny połysk na ich ciele. Aha, jeśli mimo przyglądania się pszczoła nie ma połysku, a wygląda jak rożyca, to może to być po prostu rożyca pospolita, drugi gatunek z tego rodzaju występujący w Polsce 😉

Zdjęcie zrobiłam w tym roku w Krakowie. W jednym z dzikszych miejsc na terenie miasta (tak tak, są takowe 😉 ), ale rożyce widywałam również w miejscach bardziej „cywilizowanych”. Wspominam o tym na dowód tego, co bardzo często podkreślam, mianowicie że fajne gatunki dzikich pszczół można spotkać wszędzie, i duże miasta nie są tu żadnym wyjątkiem 🐝

Pszczele nowości 2022 – Anthidium punctatum

Sezon 2022 był poświęcony pszczołom, taki był plan od samego początku. Miałam dużo pracy w terenie, wolny czas też w dużej mierze spędzałam na gonieniu tych owadów. Udało mi się spotkać parę gatunków, których do tej pory nie widziałam, w tym takich, które bardzo chciałam zobaczyć. Teraz, kiedy zrobiło się chłodniej i już nie będę chodzić w teren, przedstawię Wam spotkane przeze mnie pszczoły i opowiem o tych spotkaniach.

Spotkanie z makatką wełnistą (Anthidium punctatum) należało do tych niespodziewanych. Po prostu poszłam „na pszczoły”, bez szczególnego celu, tylko żeby zobaczyć, co akurat lata. Często robię sobie takie bliższe i dalsze (zwykle bliższe) wycieczki. Tego dnia wybrałam stary wapienny kamieniołom. Już po przyjściu w to miejsce wiedziałam, że będzie ciekawie. Same widoki rozciągające się z góry były przepiękne i nawet dla nich warto było przyjechać, ale pszczoły również dopisały. Nie dziwię im się, bo kwitł żmijowiec, komonice i inne rośliny z rodziny bobowatych… długo by wymieniać. Do jednej z tych roślin bobowatych w pewnym momencie przyleciała mała, czarno-żółta (a może bardziej, jak widać na zdjęciu, czarno-biała) pszczółka. Od razu zwróciłam na nią uwagę, bo takiej jeszcze do tej pory nie widziałam. Nie jest łatwo złapać pszczołę, szczególnie samca – samiczki zwykle zatrzymują się choć na chwilę na kwiatach, żeby zebrać pyłek albo nektar, ale samce potrafią krążyć dłuższy czas bez zatrzymywania – w końcu nie zbierają pokarmu dla swoich dzieci i jedyne czego potrzebują, to łyk „paliwa” od czasu do czasu. W każdym razie, w końcu się udało. Szybkie oznaczanie z klucza w terenie – był to akurat na tyle wdzięczny gatunek, że dało się go w ten sposób oznaczyć na żywo, z użyciem małej kieszonkowej lupki – i zwierzak odlatywał z mojej ręki już jako rozpoznana makatka wełnista.

Przypominam – nie róbcie tego w domu 😉 Jeśli nie wiecie, jak łapać pszczoły bezpiecznie dla nich i dla siebie, nigdy nie chwytajcie ich w palce. Na zdjęciu pierwszy spotkany przeze mnie samiec makatki wełnistej (Anthidium punctatum). Widać, że to bardzo mała pszczoła (chociaż owszem, bywają i mniejsze). Charakterystyczną cechą u obu płci są po cztery plamki na tergitach (po dwie, a nie po jednej, na jedną stronę ciała) – choć tutaj uwaga na makatkę zbójnicę, u której też widywałam takie mniej lub bardziej rozdzielone plamki. No, ale ona jest sporo większa od tego maleństwa.

Kiedy identyfikacja już została dokonana, chciałam wejść na kolejny poziom wtajemniczenia i zrobić moim gwiazdom zdjęcia w naturze, bo jednak wkurzona pszczoła trzymana w łapie to nie jest coś, czym chciałabym się specjalnie chwalić – chociaż do celów dokumentacyjnych czasami jest to najlepsza lub nawet jedyna możliwość w danych warunkach (np. kiedy złapana pszczoła po wypuszczeniu odleci w siną dal i już nie wróci). Okazało się, że samice są niemal równie nieuchwytne jak samce. Zresztą, możecie się przekonać sami – to są najlepsze zdjęcia, które udało mi się zrobić…


Trochę jesiennych pszczół

Jeśli ktoś z czytających śledzi mojego Facebooka, to wie, że parę dni temu zobaczyłam, po raz pierwszy w swoim życiu, spójnicę zagorzałkę (Melitta tricincta). Nie miałam ze sobą przy tym spotkaniu dobrego aparatu i dziś chciałam tego gatunku poszukać w innym miejscu. Niestety nie znalazłam, za to pod obiektyw nawinęły się inne pszczoły.

Samczyk zieleniczki (Halictus, podrodzaj Seladonia)

Samiec trzmielca żółtego (Bombus (Psithyrus) campestris)

Miodna (Apis mellifera) – ich zawsze wszędzie pełno 😉

Zamyślona mamrzyca (Epeolus sp.)

Zepsutym obiektywem

Zepsuł mi się obiektyw w aparacie. Nie ostrzy, ani automatycznie, ani manualnie. A tu sezon w pełni i piękna pogoda (aż za, ponad 30 stopni) do wyjścia w teren. Co było robić, wzięłam zepsuty i ostrzyłam, oddalając lub przybliżając aparat. Połowa pszczół uciekła mi, zanim zdążyłam się odpowiednio ustawić… Ale i tak koniec końców byłam zaskoczona, ile ostrych zdjęć udało mi się zrobić. Poniżej kilka z nich.

Czy murarka ma żądło?

Aby nie trzymać Was w niepewności, odpowiem na tytułowe pytanie o razu – tak, ma.

W sieci można się natknąć na artykuły, w których pszczoła ta opisywana jest jako pozbawiona żądła. Skąd się wzięło to przekonanie? Zapewne stąd, że murarka ogrodowa, podobnie jak większość innych dzikich pszczół, używa żądła bardzo rzadko. Nie atakuje w obronie gniazda, zagrożona ratuje się ucieczką i tylko kiedy nie ma innego wyjścia, żądli. Dlatego większość osób, również tych hodujących murarkę ogrodową, nigdy użądlona nie zostanie. No, chyba że złapią samiczkę w rękę (tylko samice mają żądła, to reguła dotyczącą wszystkich pszczół) albo dostanie im się ona pod ubranie i gdzieś ją tam niechcący przycisną.





A tutaj zdjęcie samicy murarki ogrodowej, które – mam nadzieję – rozwieje wątpliwości w kwestii żądła 😉

Porobnica włochatka

Niełatwo zrobić zdjęcie porobnicy włochatce (Anthophora plumipes). Zrobienie dobrego zdjęcia samcowi w mojej skromnej opinii graniczy z cudem. Przedstawiciele obu płci są szybcy i mogą być płochliwi. W przypadku samicy można liczyć na to, że zatrzyma się na odpowiednio długą chwilę przy kwiecie. Samce nie zbierają jedzenia dla potomstwa, za to patrolują teren w poszukiwaniu partnerek. Latają po stałej trasie od kwiatka do kwiatka, prawie wcale się nie zatrzymując, a jeśli już, to na krótką chwilę, żeby uzupełnić energię nektarem.

Historia zrobienia tej serii zdjęć nie jest niestety zbyt wesoła. Samicy ewidentnie coś dolegało. Siedziała na jednym z licznych podbiałów rosnących na skrawku trawnika, nad którymi kręciło się kilka samców. Nie zachowywała się jak zwykle porobnice (czyli jakby jej się bardzo spieszyło), przemieszczała się tylko na piechotę i to niezbyt prędko. Wyraźnie nie czuła się najlepiej.

Samcom nie przeszkadzało to jednak w zalecaniu się do niej. Podlatywały blisko, zawisały tuż przed nią, a ona oganiała się od nich. Obserwując tę scenę, niemal czuło się jej irytację. Być może kiedyś zdarzyło Wam się, że trzmiel pomachał do Was łapką – mam złą wiadomość, wcale się nie witał, tylko chciał Was odstraszyć. Ten ostrzegawczy gest unoszenia przedniej nogi najwyraźniej istnieje również w mowie ciała porobnic.

Dzięki temu, że scena ta rozgrywała się w jednym miejscu, a samców jak magnes przyciągała nieszczęsna samica, wiedziałam przynajmniej, gdzie kierować i ostrzyć aparat. Tylko dzięki temu udało mi się uchwycić w jednym kadrze trzy porobnice naraz.

Nie bójmy się pasków!

Czarne, żółte i czerwone paski to w przyrodzie barwy ostrzegawcze. Są sygnałem, że posiadacz takiego ubarwienia może być niesmaczny, trujący lub jadowity. Zwierzęta rozpoznają te barwy jako zagrożenie i zwykle unikają tak ubarwionych gatunków. Dla nas takie barwy również są czymś odstraszającym, niepokojącym, wszak wiele osób wpada w panikę na widok osy…

Osa społeczna.

Czy słusznie boimy się czarno-żółtych pasków? Okazuje się, że zwykle strach jest nieuzasadniony. Po pierwsze, w większości wypadków osy i inne żądlące owady nie mają najmniejszej ochoty zrobić nam niczego złego. Nawet szerszeń czy osa dachowa nie zaatakują pierwsze, o ile nie zbliżyliśmy się właśnie do gniazda albo nie zagroziliśmy im w sposób bezpośredni (na przykład przydeptując, przyciskając czy… panicznie oganiając się od nich gwałtownymi wymachami rąk).

Szerszeń ze zdobyczą.

Zbliżenie się do gniazda os społecznych stanowi realne zagrożenie pożądleniem (podobnie jak podejście do ula bez odpowiedniego zabezpieczenia). Jednak większość błonkówek to gatunki samotne. Nie bronią one swoich gniazd, co oznacza, że jeśli założą gniazdo w naszym ogrodzie, nie stanowią dla nas żadnego zagrożenia. Gniazda te mają często postać małych dziurek w ziemi, są też gatunki budujące niewielkie gliniane „domki” o różnych kształtach, przyklejane np do ścian budynków, albo zajmujące drobne szczeliny w murze czy nieużywanych sprzętach ogrodowych. Te błonkówki wciąż mogą użądlić, jeśli zostaną zaatakowane bezpośrednio: na przykład złapane w rękę. Ich jad jest jednak zwykle słabszy od jadu gatunków społecznych.

Przedstawicielka kopułkowatych (Eumenidae), samotnych os.

Są i takie owady, które mimo ostrzegawczego wyglądu są zupełnie bezbronne. Nie mają żądła, nie potrafią nawet ugryźć. To mali oszuści, upodabniający się do swoich uzbrojonych kuzynów, aby zyskać ochronę przed drapieżnikami. Niestety, to, co świetnie działa jako ochrona przeciw ptakom (które zostawią takiego owada w spokoju zamiast go zjeść), nie jest już takie korzystne przy spotkaniu z człowiekiem. Zapewne wiele bzygów zginęło przygniecionych kapciem czy gazetą, bo ktoś pomylił je z osą i postanowił „zlikwidować zagrożenie” (choć tak jak opisałam powyżej, nawet szerszenie najczęściej żadnego realnego zagrożenia dla nas nie stanowią).

Lwinka kameleon, muchówka. Co ciekawe, nie jest to przedstawiciel bzygowatych, które są powszechnie (i słusznie) kojarzone z upodabnianiem się do os, ale lwinkowatych.

Test lupy – Delta Optical Smart 5MP PRO

Odkąd bardziej na poważnie wciągnęło mnie oznaczanie gatunków pszczół, marzyłam o własnej lupie. A właściwie to mikroskopie, bo zdaje się, że te stojące w laboratoriach sprzęty, gdzie można uzyskać powiększenia rzędu kilkudziesięciu-kilkuset razy, również zaliczają się do mikroskopów. Zastanawiałam się długo nad różnymi modelami, aż trafiłam na model z tytułu tego posta. Gdybym nie miała okazji go przetestować, raczej bym nie uwierzyła, że ma takie możliwości jakie ma. Tak, wiem, brzmi jak reklama i bardzo żałuję, że Delta Optical nic mi nie płaci. W każdym razie moje zaskoczenie z powodu stosunku jakości do ceny było wielkie.

Zacznijmy od tego, że w momencie kiedy to piszę, lupka ta kosztuje ok. 400 zł. Wygląda trochę jak zabawka – samo urządzenie jest dość małe i nie ma żadnego okularu, a oglądać obraz można tylko na komputerze, po podłączeniu go przez USB. Wtedy działa też wbudowane oświetlenie. Są dwa stopnie powiększenia – według producenta 20x i 300x. Ich przełączanie działa dość zabawnie – ustawiając ostrość, kręcimy pokrętłem w lupie, a kiedy obraz stanie się ostry, to możemy kręcić dalej, po czym rozmywa się i za chwilę łapiemy ostrość znowu – ale już na większym powiększeniu.

Lupa jest całkiem nieźle kompatybilna z programami przechwytującymi obraz. Działa z prostym programem dedykowanym do niej, z Windowsowym „Aparatem” (jest wykrywana jako dodatkowa kamerka), z OBS Studio, udało mi się ją nawet uruchomić na jednej aplikacji na telefonie (chociaż na krótko, bo jakiegoś powodu aplikacja się wieszała chwilę po odpaleniu). Programu dedykowanego bardzo nie polecam. Nie dość, że jest bardzo ubogi w jakiekolwiek opcje, to – co z przerażeniem odkryłam przypadkiem – obraz na żywo jest skalowany do wielkości okna. Oznacza to, że jeśli nie macie monitora o proporcjach takich jak oryginalny obraz nadawany z lupy, zmaksymalizowane okno będzie pokazywać obraz odpowiednio rozciągnięty. Podobnie, jeśli zmienicie wymiary okna programu. Jeśli proporcje będą niedużo odbiegać, to można się nie zorientować – ja się zorientowałam w momencie, kiedy ustawiłam okno na wielkość połowy ekranu…

Powyżej widzicie zrzut ekranu z programu, który mnie osobiście się podoba. Też z Delty, ale przeznaczony do innych modeli sprzętu. Ale co z tego, skoro z tą lupą też działa? Nie ma problemu ze zniekształcaniem obrazu, a dodatkowo można regulować takie parametry jak jasność czy kontrast obrazu. Regulacja taka bardzo się przydaje, przy ciemnych pszczołach rozjaśnienie obrazu w programie (przy jasności w lupie ustawionej na maksymalną wartość) bywa konieczne.

Jeśli mowa o ciemnych pszczołach, to mam wrażenie, że lupa najgorzej radzi sobie właśnie z małymi, ciemnymi gatunkami. Czasem trudno wtedy dostrzec szczegóły, których się potrzebuje. Nieco pomaga umieszczenie okazu na ciemnym tle, wtedy kontrast jest mniejszy i jakoś lepiej to działa. Kłopotliwe bywa też manipulowanie pszczołą, szczególnie na większym powiększeniu, bo obiektyw ma osłonkę, która ogranicza dostęp do okazu z boku. Niemniej – przy dużej dozie cierpliwości i pewnej wprawie da się oznaczać pod tą lupą nawet smukliczki. A przypomnę tylko, że ta lupa kosztuje 400 zł. Za tę cenę jestem jej w stanie wybaczyć, że przy małych czarnych pszczołach bywa zawodna. Za to na przykład oznaczanie dużych i średnich pszczolinek przebiega dość bezproblemowo (albo może powinnam powiedzieć, porównywalnie jak pod profesjonalnym sprzętem, bo przecież oznaczanie pszczolinek prawie nigdy nie jest dla mnie bezproblemowe).

No dobrze, to czas na parę zdjęć pokazujących, co potrafi ta lupa.

Skrócinka białonoga (Macropis europaea) pod mniejszym z dwóch powiększeń.
Ta sama skrócinka, większe powiększenie – zbliżenie na żuwaczkę i aparat gębowy.
Tarcza na mniejszym powiększeniu…
…i na powiększeniu większym. Bardzo dobrze widać urzeźbienie.
Odwłok jakiegoś większego gatunku pszczolinki (w tle miarka z małymi kreskami co 1mm). Obraz trochę rozjaśniony w programie, ale idealny nie jest. Przy większej korekcie pewnie „zniknęłyby” linie podziałki w tle i zgubiły się jakieś szczegóły.
Zbliżenie na odwłok pszczolinki ze zdjęcia powyżej.
Nóżka pszczoły – portret z miarką.
Ta sama nóżka, a właściwie jej fragment, na większym powiększeniu. Widać pazurki.
Inny detal tej samej nóżki na większym powiększeniu.

Podsumowałabym tę recenzję tak. Gdyby sklep Delta Optical chciał podarować mi w zamian za tę wspaniałą recenzję któryś ze swoich mikroskopów stereoskopowych z wyższej półki (takich, wiecie, stojących, gdzie patrzy się przez okulary), to brałabym bez zastanowienia 😉 Natomiast dopóki nikt mi takiego wypasionego sprzętu nie podaruje, to ta kompaktowa lupka raczej zostanie ze mną na dłużej.

Pszczoła złodziejka

Przyłapaliśmy z Krukiem pszczołę miodną na kradzieży.

Niektóre kwiaty są łatwiejsze do pozyskania pyłku i nektaru niż inne. Aby dostać się do tych o rurkowatym kielichu, trzeba mieć długi języczek. Pszczoła miodna ma języczek, powiedzmy, średniej długości, więc nie wszystkie kwiaty są dla niej dostępne. Przynajmniej w zwykły sposób, taki, który prowadzi do zapylenia. Ale czasem pszczoły mogą oszukać system. Wygryzają dziurkę u podstawy kielicha, dostając się do nektaru niejako na skróty. Z punktu widzenia rośliny to kradzież, bo przecież nektar jest zapłatą za zapylenie! Z takich zachowań znane są trzmiele, chociaż trzeba tutaj dodać, że to właśnie wśród trzmieli spotkamy gatunki mogące poszczycić się bardzo długimi języczkami, pozwalającymi dostać się do rurkowatego kwiatu normalną drogą. W Polsce mamy ok. 30 gatunków trzmieli i długość języczka różni się u poszczególnych gatunków.

Po tym, jak opublikowałam zdjęcie i filmik, zwrócono mi uwagę, że pszczoła miodna na filmiku raczej nie włamała się sama do kwiatków, a jedynie korzysta z drzwi otwartych wcześniej przez trzmiela. Możecie się przyjrzeć filmikowi, czy widać dziurki w kwiatach, zanim pszczoła się do nich dobiera 🙂

A poniżej zdjęcie podziurkowanych kwiatów w zbliżeniu 🙂

Lato wciąż się nie kończy

Jesień bardzo wyraźnie czuć w powietrzu i już od jakiegoś czasu wydaje mi się, że koniec sezonu na bezkręgowce jest tuż-tuż… ale on jakoś nie nadchodzi. Dalej mnóstwo owadów uwija się na kwiatach, korzystając z pięknej pogody. Dla jednych to ostatnie dni przed zapadnięciem w zimową hibernację, dla innych – ostatnie dni życia. Poniżej zdjęcia z dzisiejszego spaceru po osiedlu.

Nieznany mi z imienia grzebacz (jak sądzę, z rodziny Sphecidae, czyli jakiś kuzyn szczerkliny piaskowej i nęka świerszczojada) szukał czegoś na chodniku.
Ptaki oczywiście nie zapadają w sen zimowy, ale też przygotowują się do zimy. Ta sójka zapewne wypatruje żołędzi i orzechów do zrobienia zapasów, albo może przygotowuje się do odlotu (tak, sójki też mogą migrować na zimę).
Pająki w służbie ochrony przyrody. W sieć złapał się kolcoróg bizoniak, obcy i inwazyjny gatunek pluskwiaka. Obok w sieci drugi czekał na konsumpcję.
Smuklik (Halictus sp.) żerujący na nawłoci.
Na biedronkowatych się niestety nie znam. To maleństwo podejrzewam o bycie biedronką mączniakówką (Psyllobora vigintiduopunctata), której nazwę w języku niemieckim uwielbiam: Zweiundzwanzigpunkt-Marienkäfer, czyli w wolnym tłumaczeniu dwudziestodupunktowy żuczek maryjny.
Na motylkach też się nie znam, a tego nie zdążyłam nawet sprawdzić. Podejrzewam któregoś z czerwończyków, czyli takich dziwnych modraszków, co nie są modre 🙂
Podczas oglądania owadów na nawłoci, co jakiś czas widzę przelatującego nieopodal szerszenia. Tutaj udało mi się go podejrzeć przy posiłku. Niestety nie udało mi się nagrać filmu, a i zdjęcia pozostawiają wiele do życzenia (był cień i mój aparat średnio sobie z tym poradził), więc musicie uwierzyć mi na słowo, że wisząc jak na zdjęciu, urwał pszczole miodnej głowę, odwłok i skrzydełka, żeby – dokładnie tak, jak to podają w literaturze – dobrać się do bogatego w mięśnie tułowia. Słychać było chrupanie!
Dowód na to, że należy wierzyć intuicji. Gdybym jej posłuchała („jakoś dziwnie ten pyłek ułożony na nogach jak na trzmiela”), to poświęciłabym więcej uwagi tej pszczole. Tymczasem to najlepsze zdjęcie. Porobnica (Anthophora). Chyba się nie pomylę, identyfikując ją jako A.furcata – widoczne na zdjęciu ubarwienie, tułów z ciemniejszą przepaską między skrzydłami oraz odwłok bez przepasek z rudą końcówką, pasują do tego gatunku. Wedle literatury, spotkanie jej we wrześniu też nie jest czymś wyjątkowym.
Spotkanie motyla i trzmiela.

Pająki w jaskini

Z okazji Dnia Dziecka wybraliśmy się z Krukiem do Doliny Kluczwody. Jest tam kilka jaskiń, do których można wejść. Niestety spóźniliśmy się na wejście do największej, którą można zwiedzać z przewodnikiem w określonych godzinach. Zajrzeliśmy natomiast do dwóch innych – „zajrzeliśmy” to dobre określenie, bo wyposażeni jedynie w latarki w telefonach nie zagłębialiśmy się daleko.

Kiedy poświeciliśmy po ścianach, okazało się, że są zamieszkane, i to całkiem licznie. Swoją drogą, chwilę wcześniej opierałam się ręką o te ściany i zawadzałam głową o sufit…

Na ścianach było mnóstwo pająków. Od niezbyt dużych do takich naprawdę sporych. Gdzieniegdzie wisiały też kokony, więc można się spodziewać, że kolejne pokolenie pajączków przyjdzie na świat w tej jaskini.

Nie jestem ekspertem od oznaczania pająków, ale wygląda na to, że spotkaliśmy sieciarza jaskiniowego. „Na oko” zgadza się zarówno wygląd samych pająków, jak i tych przypominających lampiony kokonów.

Teraz mam trochę wyrzuty sumienia, że świeciliśmy pająkom po oczach, bo jak się całe życie mieszka w ciemnej jaskini, to zobaczenie światła latarki musi być średnio miłym przeżyciem. Ale skoro już to zrobiliśmy, to równie dobrze możecie zobaczyć te zdjęcia, szczególnie że sieciarz jaskiniowy nie jest chyba zwierzakiem, którego często się widuje.

Grzebacz to nie pszczoła

Nie interesuję się jakoś przesadnie systematyką błonkówek i nie śledzę z uwagą najnowszych w niej zmian, a w nazewnictwie polskim sama nie jestem przesadnie biegła i zdarza mi się popełniać błędy, z powodu których systematycy złapaliby się za głowę. Ale to napisać muszę, bo dotyczy mojej ulubionej grupy i chciałabym, żeby była jasność, jak ona się nazywa i co obejmuje, a czego nie 🙂

Na zdjęciu taszczyn pszczeli – grzebacz, nie pszczoła 🙂

Zaczęło się od tego, że parokrotnie przeczytałam w internecie, jak ktoś nazywał grzebacza pszczołą (jeśli, szanowny Czytelniku, tak właśnie robiłeś, to nie odbieraj mojego wpisu zbyt osobiście, bo nawet jeśli to Twój komentarz czytałam, to nie byłeś jedyną osobą tak piszącą). Tymczasem grzebacze (czyli na przykład taszczyn pszczeli czy wardzanka) są z pszczołami blisko spokrewnione, ale do pszczół nie należą. Kim są pszczoły i skąd pomysł, by grzebacze do nich należały?

Wardzanka (Bembix rostrata) – grzebacz, nie pszczoła

Dawniej grzebacze i pszczoły należały do dwóch odrębnych nadrodzin: Sphecoidea i Apoidea. Okazało się jednak, że te grupy nie tylko są ze sobą bardzo blisko spokrewnione, ale ta pierwsza jest grupą parafiletyczną – oznacza to, że wszystkie zaliczane do niej gatunki mają wspólnego przodka, ale są też inne gatunki od tego przodka pochodzące, a będące poza grupą. Prostszymi słowy, grupa obejmuje jedną „bliska rodzinę”, ale niektórzy jej „członkowie” zostali z niej wyłączeni. Tymi wyłączonymi „członkami rodziny” są właśnie pszczoły. To trochę analogiczna sytuacja jak z ptakami, które – jak być może wiecie – właściwie powinny być gadami (pochodzą od dinozaurów), ale systematyka stworzyła dla nich osobny takson.

Grzebacz, ale w przeciwieństwie do dwóch pokazanych powyżej, przedstawiciel rodziny Sphecide, nie Crabronidae. Zidentyfikowany kiedyś na forum entomo.pl jako nęk świerszczojad (Sphex funerarius).

Ponieważ grupy parafiletyczne nie są lubiane w taksonomii, to połączono pszczoły z grzebaczami w jedną grupę. Odtąd w Apoidea były już nie tylko pszczoły, ale pszczoły i grzebacze. Apoidea dzieli się z kolei na rodziny. Pszczoły są zgrupowane w kilku rodzinach, grzebacze w kilku innych, a wszystkie one razem wrzucone do tej taksonomicznej szufladki o nazwie Apoidea. O ile wiem, nie ma „oficjalnej” rangi taksonomicznej, która grupowałaby pszczoły. Nie oznacza to bynajmniej, że to, co po polsku określaliśmy pszczołami, przestało istnieć albo że ta nazwa zaczęła obejmować więcej gatunków niż dotąd – pszczoły od zawsze były uznawane za dobrze wyodrębnioną, monofiletyczną (czyli pochodzącą od jednego wspólnego przodka) grupę – i mają też swoją łacińską nazwę: Apiformes albo Anthophila. Mimo że straciły swoją dawniejszą jednostkę taksonomiczną, pszczoły pozostały pszczołami.

Pszczoła w objęciach grzebacza. Grzebacze karmią swoje larwy pokarmem zwierzęcym, w przeciwieństwie do pszczół, których larwy są pyłkożercami. Tutaj ofiarą grzebacza (podejrzewam Cerceris z powodu kształtu odwłoka) padła jakaś przedstawicielka rodziny Halictidae.

Kim są zatem pszczoły? Otóż są to wszyscy przedstawiciele następujących rodzin: Apidae, Melittidae, Andrenidae, Colletidae, Halictidae, Megachilidae i Stenotritidae (przedstawiciele tej ostatniej nie występują w Polsce), i tylko oni. Tak jest również w piśmiennictwie anglojęzycznym: określenie „bee” odpowiada temu, co po polsku określamy jako „pszczoły”. Z grzebaczami i innymi błonkówkami nie jest tak prosto – po angielsku większość (albo i wszystkie?) żądłówek innych niż pszczoły i mrówki to „wasps”. Na polski słowo „wasps” można by tłumaczyć jako „osy”, ale po angielsku ma ono o wiele szersze znaczenie niż u nas. Na przykład u nas osami określa się przedstawicieli rodziny Vespidae, podczas gdy Anglicy mają też digger waps – „osy grzebiące”, czyli grzebacze, cuckoo wasps – „osy-kukułki”, czyli złotolitki, fig wasps – „osy figowe”, czyli przedstawicieli nadrodziny Chalcidoidea rozwijający się w owocach fig, i tak dalej, i tak dalej.

Lepiarka (Colletes sp) – pszczoła, nie grzebacz 🙂

Zakończę ten wpis taksonomiczną ciekawostką dotyczącą pszczół. Otóż rodzina lepiarkowatych (Colletidae) przez długi czas była uznawana za najpierwotniejszą – najbardziej zbliżoną do przodków wszystkich pszczół. Wynikało to np. z tego, że mają one języczek rozdwojony i rozszerzony na końcu, co przypomina nieco języczki grzebaczy. Niedawno okazało się, że ta cecha pojawiła się u nich niezależnie i nie są najprymitywniejszą, ale mocno zaawansowaną ewolucyjnie rodziną. Zaskakujące zwroty akcji w taksonomii mogą się, jak widać, wciąż zdarzać. Podobnie jak odkrycia nowych gatunków, i to niekoniecznie takich, które są rozróżnialne tylko poprzez badanie DNA – ale to już temat na inny wpis 🙂

Skrócinki

Mamy w Polsce dwa gatunki skrócinek: Macropis fulvipes i Macropis europaea. Różnią się dość subtelnie – samice przede wszystkim ubarwieniem tylnych odnóży, a samce – ilością żółtego na twarzy. To dość niezwykłe pszczoły, bo samice zbierają dla potomstwa nie tylko pyłek i nektar, ale również olejki roślinne. Po pyłek i wspomniane olejki latają wyłącznie na kwiaty tojeści – nic nie wiadomo o tym, żeby zbierały je z jakichkolwiek innych roślin.

Nieco inaczej jest z nektarem – tojeść go nie wytwarza, dlatego skrócinki muszą go szukać gdzie indziej. Na przykład na roślinach z rodziny złożonych, jak na zdjęciach poniżej.

Żerując na kwiatach, samice skrócinek często podnoszą tylne nogi (jedną lub obie) w bardzo charakterystyczny sposób. W książce „The Solitary Bees” wyczytałam, że jest to sygnał dla samców, mówiący: „nie jestem zainteresowana zalotami, zostaw mnie w spokoju”. Gdyby samiec udał, że nie rozumie aluzji, to wyciągnięte nóżki same w sobie są też barierą utrudniającą próby kopulacji.

A jak wygląda samiec? Otóż tak:

Na zdjęciu powyżej samiec Macropis fulvipes, bardziej żółtego z dwóch polskich gatunków. Z kolei samice ze zdjęć w tym poście to Macropis europaea – być może poza pierwszym zdjęciem, na którym – z powodu oblepienia odnóży pyłkiem – oznaczenie gatunku jest dla mnie zupełnie niemożliwe.

Jak obejrzeć pszczołę?

Dokładne przyjrzenie się pszczole (dotyczy to zresztą też wielu innych ruchliwych owadów) nie jest takie proste. Jest na to kilka możliwych sposobów. Można oczywiście takiego owada złapać i uśmiercić – czasem jest to nawet konieczne do oznaczenia gatunku, ale do celów nienaukowych i podziwiania piękna przyrody, jak sami rozumiecie, niezbyt zalecane. Na szczęście są też sympatyczniejsze alternatywne metody.

Pierwsza to fotografia. Bierzemy aparat, wycelowujemy w pszczołę i trzaskamy tyle zdjęć, ile nam się uda, zanim odleci. Później w domu możemy podziwiać jej piękno, ile chcemy – o ile zdjęcia się udadzą.

Innym sposobem jest złapanie pszczoły i przytrzymanie jej na czas oglądania w miejscu, gdzie nie będzie mogła za bardzo się wiercić. Pojemnik powinien być więc niewielki, i w miarę przezroczysty, żeby było widać coś więcej niż zarys. Po obejrzeniu i ewentualnym zrobieniu zdjęć, pszczołę wypuszczamy.

Poniżej kilka sympatycznych okazów spotkanych podczas pewnej wyprawy na krakowski Zakrzówek (bo, jak może nie wiecie, nie tylko ten słynny pokamieniołomowy zbiornik wodny jest fajny na Zakrzówku – są tu też cenne siedliska owadów, płazów i gadów). Jak widzicie, do probówki dokleiłam sobie karteczkę ze skalą (1 cm między czerwonymi liniami). Dzięki temu łatwiej zorientować się na zdjęciach w rozmiarach pszczoły.

Samiec pszczolinki (Andrena), bardzo możliwe, że Andrena labiata.
Koczownica (Nomada). Te pszczoły-kukułki (podrzucają swoje jaja do gniazd innym pszczołom) wyglądają łudząco podobnie do os. Ta nie była zachwycona uwięzieniem i energicznie poszukiwała wyjścia z probówki.
Przedstawicielka smuklikowatych (Halictidae). O tych małych pszczółkach pisałam już na blogu. Jak małych? Między dwiema czerwonymi kreskami na podziałce probówki jest 1 cm.
Cudowne stworzenie: Osmia aurulenta, gatunek murarki gniazdujący w pustych muszlach ślimaków. Niestety, nie udało mi się jeszcze zobaczyć gniazda.
Ten samiec jest, jak sądzę, przedstawicielem tego samego gatunku (Osmia aurulenta).
A tu taka ciekawostka – muchówka, która udaje trzmiela. Robi to na tyle dobrze, że złapałam ją, myśląc, że to jakaś pszczoła. Dopiero w siatce pomyłka się ujawniła.

No właśnie… a czym łapać? Raczej nie rękami. Nie dość, że przy braku wprawy można owada zgnieść, to bez umiejętności rozpoznawania płci pszczół można trafić na samicę i dostać żądłem. Wprawdzie ukłucie większości naszych gatunków (innych niż miodna) nie boli jakoś strasznie ani nie powoduje opuchlizny (przynajmniej w przypadku osób niemających uczulenia), ale przyjemne też nie jest. I gwarantuję Wam, że nawet po lekkim ukłuciu natychmiast wypuścicie złapanego owada z rąk 🙂 Niektóre spokojniejsze pszczoły da się złapać, delikatnie nakładając na nie słoik czy probówkę, kiedy siedzą na kwiatku. W przypadku tych bardziej ruchliwych pomocna jest siatka entomologiczna, stosowana również w badaniach – zrobiona z dość delikatnej tkaniny, która nie zrobi krzywdy złapanej pszczole.

Na zdjęciu samica psseudosmuklika (Lasioglossum) w siatce entomologicznej.

Pamiętajcie, że trzmiele i kilka innych gatunków pszczół są u nas pod ochroną, więc tych łapać nie należy 🙂 Podobnie jak, oczywiście, w rezerwatach i innych miejscach, gdzie przyroda podlega szczególnej ochronie.

Dzika przyroda na trawniku

Nieodmiennie zachwyca mnie, jak ciekawe pod względem przyrodniczym potrafi być miasto. W miejskim parku można spotkać uszatkę, dzięcioła zielonego albo droździka na przelocie, a w lichym lasku pięćset metrów od domu – puszczyka uralskiego (tak, wszystkie te przypadki mi się przytrafiły). A co można spotkać na miejscu takim jak na zdjęciu?

Tak, dobrze widzicie, chodzi o ten kawałek z nieco wyższymi roślinami na pierwszym planie. To miejsce moich może godzinnych obserwacji, których efekty opisuję niżej, można było przejść wzdłuż w trzech krokach, a wszerz w jakichś pięciu.

Trawniczek osiedlowy jakich wiele, nie skoszony „na zero” (i super!), ale też nie jakoś wybitnie zapuszczony. Te większe rośliny to, jeśli się nie mylę, lucerna, w każdym razie na pewno coś z rodziny motylkowatych (Fabaceae). Ale to wystarczyło, żeby dokonać tutaj obserwacji, które niesamowicie mnie ucieszyły. Dodam tylko, że skupiałam się głównie na pszczołach, więc możliwe, że ciekawych obiektów obserwacji było więcej, tylko nie zwróciłam na nie należnej uwagi 🙂

Praktycznie zaraz po przyjściu w to miejsce, pokazała się pierwsza „bomba” – taki piękny trzmiel. W oznaczaniu przedstawicieli tego rodzaju nie jestem biegła, może napiszę kiedyś osobny post o tym, jak bardzo nie umiem oznaczać trzmieli i pszczół w ogóle 😉 Moim pierwszym skojarzeniem przy tym samcu był trzmiel zmienny (Bombus humilis) – jak sama nazwa wskazuje, bywa zmienny w ubarwieniu. Niemniej, mam też parę innych typów, między którymi nie mogę się zdecydować. Być może pomoc w postaci oznaczenia nadejdzie z internetu. W każdym razie, kimkolwiek by nie był, był naprawdę śliczny.
„Znajdź trzmiela”. Na kwiatach żerowało też kilka trzmieli rudych. Niektóre z nich były bardzo ładnie wybarwione, rudy miał ciemny, intensywny lisi odcień – niestety nie udało mi się zrobić dobrego zdjęcia (po prawdzie, nie starałam się bardzo, byłam bardziej skupiona na innych pszczołach…
Dla tej pszczoły przyszłam w to miejsce. Bo nie była to przypadkowa wizyta – ta kępa kwiatów zwróciła moją uwagę parę dni temu, kiedy szłam ze sklepu. Zauważyłam przy niej pszczoły, które podejrzewałam o bycie spójnicami (Melitta). Przedstawicielki tego rodzaju są oligolektczne, to znaczy mają swoje ulubione kwiaty, z których zbierają pyłek. Mam na koncie już jeden zobaczony gatunek z tego rodzaju, spójnicę krwawnicową (Melitta nigricans), żerującą na krwawnicy. Ta jest, jak przypuszczam, spójnicą lucernową (Melitta leporina). Wnioskuję tak na podstawie odwiedzanych kwiatów, bo niestety nie potrafię (jeszcze?) rozróżnić ich po wyglądzie.
Tym razem nie miałam tyle szczęścia co wcześniej i spotkałam tylko samce. Złapałam jednego, żeby się upewnić, że to spójnica. Na zdjęciu widać lekko rozszerzone końce stóp, chrakterystyczne dla spójnic, również użyłkowanie skrzydła się zgadzało. Samiec, jako potwierdzona spójnica, mógł po chwili odlecieć do swoich spraw.
https://justynakierat.files.wordpress.com/2020/08/obraz-25.png
A oto miesierka. Kuzynka murarki, co można poznać po obfitym owłosieniu spodniej strony odwłoka. Tutaj gromadzony jest pyłek, który samiczka zaniesie do gniazda.
Wśród traw ukrywał się też nieco wystrzępiony motyl modraszek.

W tym zestawieniu pominęłam między innymi pszczoły miodne, rozmaite muchówki (w tym kilka gatunków bzygów i łowika ze zdobyczą, któremu nie udało mi się zrobić dobrego zdjęcia), skaczące wśród trawy pasikoniki, jakiegoś grzebacza (który jednakowoż usiadł na psiej kupie, więc zdjęcie wyszło mało estetyczne – swoją drogą, że też jakiś piesek musiał się załatwić akurat w tych właśnie kwiatach…) i kolcoroga bizoniaka, który jest gatunkiem obcym i inwazyjnym w naszym kraju, więc niespecjalnym powodem do radości, ale nie można mu odmówić urody.

Przypomnę, te wszystkie zdjęcia są z miejsca, które widzicie na pierwszej fotografii. Trzeba przyznać, że całe osiedle jest dość ukwiecone, dzikie rośliny kwitną również na innych fragmentach trawnika, a nieco dalej są całkiem zadbane „przyblokowe” ogródki. Kępa kwiatów pośrodku czystego betonu nie zaspokoi potrzeb owadów. Jednak na szczęście w naszych miastach jak na razie trochę tej zieleni się chowa. Jeśli zastanawiacie się, czy mając maleńki kawałek ogródka warto go trochę „zapuścić”, albo czy nieskoszenie jednej kwitnącej akurat kępy kwiatów pośrodku trawnika zrobi jakąś różnicę, to tak – zrobi i warto 🙂

Skakuny

Pająki z rodziny skakunowatych są niezwykłe i co do tego nie ma wątpliwości. Maleńkie, o wielkich oczach skierowanych do przodu, nie wzbudzają strachu nawet w osobach, które nie darzą innych pająków sympatią. Nie budują sieci, polują w dzień, a samce w okresie godowym tańczą.

Ale ja w sumie nie o tym chciałam. Poniżej dwa zdjęcia, średniej jakości, bo zrobione dawno. Czemu je pokazuję? Bo jeśli się przyjrzycie, to zobaczycie sekret skakuna, sprawiający, że może on wykonać śmiały skok, nie obawiając się o niefortunne lądowanie i upadek z wysokości. Czy widzicie tę cieniuteńką białą przędzę ciągnącą się za pająkiem? To nić asekuracyjna. Jeśli coś pójdzie nie tak, pajączek będzie mógł wciągnąć się po niej z powrotem do miejsca, z którego startował.

A tutaj jeszcze dwa stare zdjęcia – technicznie pozostawiają wiele do życzenia, ale bardzo je lubię, bo obrazują maleńkość skakunów.

„To moje królestwo!” – Evarcha falcata na borówce czernicy.
To czerwone to nie jabłko, to borówka brusznica 🙂

Malutkie pszczółki

Na polskiej checkliście pszczół mamy około 470 gatunków (oznacza to, że tyle zostało przynajmniej raz w naszym kraju zaobserwowane i naukowo udokumentowane). Tylko część z nich odpowiada naszym wyobrażeniom o tym, jak powinna wyglądać pszczoła. W rodzinie smuklikowatych (Halictidae) jest szereg gatunków, które prędzej można wziąć za małe muszki niż pszczoły. Co ciekawe, część ich przedstawicieli jest społeczna, co oznacza, że mimo swojego mało imponującego wyglądu tworzą społeczności funkcjonujące podobnie jak to ma miejsce u pszczoły miodnej czy trzmieli.

Samiec pseudosmuklika (Lasioglossum sp.). Jeśli powiększycie zdjęcie i się przyjrzycie, dostrzeżecie białe łatki na przednich brzegach segmentów odwłoka. Smukliki (Halictus) mają przepaski na tylnych brzegach.

Do rodziny smuklikowatych należą m.in. smukliki (Halictus – czasem dzieli się go na dwa rodzaje, Halictus i Seladonia) i pseudosmukliki (Lasioglossum – te z kolei bywają dzielone na Lasioglossum i Evylaeus), które czasami bardzo ciężko jest od siebie odróżnić, nie mówiąc o rozpoznaniu konkretnego gatunku. Trochę łatwiej jest chyba odróżnić samce od samic, bo te pierwsze mają bardziej wydłużone ciało i dłuższe czułki.

Czy widzicie tu pszczołę?
A teraz?
Tak, to naprawdę pszczoła
…i to samica. Wydaje mi się, że to również pseudosmuklik, ale nie jestem pewna.
Znów samica, tym razem smuklika (Halictus) – przepaski znajdują się na końcach segmentów odwłoka. Widać też charakterystyczną dla smuklików i pseudosmuklików podłużną bruzdę na końcu odwłoka.

Te niepozorne pszczółki można spotkać nawet we wrześniu czy październiku, więc macie jeszcze trochę czasu w tym roku, żeby przyglądać się „małym muszkom”.

Padalec w kapeluszu

Tę uroczą beznogą jaszczurkę (padalec nie jest wężem) spotkaliśmy na szlaku w drodze na Trzy Korony. Próbował zejść ze ścieżki, ale nie dawał rady się wspiąć pod górkę. Parę osób próbowało już mu pomóc, ale nie dysponowali takim fajnym sprzętem do przenoszenia padalców jak my, więc przejęliśmy akcję ratunkową

Ponieważ padalec jest jaszczurką, to zestresowany może odrzucić ogon. Kiedyś jako dziecko próbowałam przenieść jednego z leśnej drogi i tak właśnie zrobił. Przy okazji dowiedziałam się, że odrzucany ogon wije się jak wściekły, stanowiąc bardzo skuteczny element odwracający uwagę (odrzucanie ogona to forma ochrony przed drapieżnikiem, najwyraźniej jego jedyną funkcją nie jest pozostanie w pysku napastnika, który jaszczurkę za ogon złapał ). Kiedy zorientowałam się, że nie patrzę na wijącego się w jakichś konwulsjach padalca, on sam był już dobry kawałek dalej.

Tym razem, żeby coś takiego się nie powtórzyło, postanowiliśmy przenieść padalca możliwie bezdotykowo. Akcja się udała, został wypuszczony w jednym kawałku.