Pszczele nowości 2022 – Trachusa byssina

Dziś drugi odcinek telenoweli pod tytułem „jakie nowe gatunki pszczół Żołna widziała w tym roku”. Historia będzie z dreszczykiem, takim na miarę Żołny. Ale najpierw przedstawię jej główną bohaterkę.

Ze smółką komonicówką (Trachusa byssina) zaznajomiłam się bliżej dzięki Kamili Chomicz, która gości te sympatyczne pszczoły niedaleko swojego domu. Nie, nie zobaczyłam ich tam na żywo, ale poznałam dzięki zdjęciom i opowieściom Kamili. Smółka komonicówka to jedyny przedstawiciel swojego rodzaju (Trachusa) żyjący w Polsce, i jedyny w Europie bez żółtego koloru w ubarwieniu ciała (chociaż nie, jest jeden żółty akcent, to twarz u samców). Podczas gdy inne smółki bywają podobne do makatek, z powodu żółtych pasków na odwłoku, smółkę komonicówkę prędzej można pomylić z jakąś brązową murarką. Jej ciało jest czarne, pokryte futerkiem w odcieniach beżowo-brązowych. Zresztą zobaczcie sami.

Smółka komonicówka gniazduje w ziemi, w samodzielnie wykopanych tunelach, które wykłada kawałkami liści oraz żywicą. Jest wyspecjalizowana pokarmowo – zbiera pyłek z kwiatów roślin motylkowych, ze szczególnym upodobaniem wobec, cóż za zaskoczenie, komonicy.

Moje pierwsze spotkanie ze smółką należało, podobnie jak w poprzednio opisywanej na blogu historii, do przypadkowych. Nie szukałam jej specjalnie i nie wiedziałam, że ją znajdę w tym akurat miejscu i czasie. Pewnego lipcowego dnia pojechałam do Warszawy na kolejne obserwacje pszczół w Kampinoskim Parku Narodowym, gdzie prowadzę badania. Wstałam o nieżołniej porze, żeby zdążyć na poranny pociąg, dzięki czemu koło południa byłam już na miejscu i po zostawieniu walizki ruszyłam do Puszczy. Pogoda była piękna, nawet aż za. Kiedy wracałam z obserwacji, od gorąca i niewyspania zaczynała już lekko boleć mnie głowa, ale że wciąż było w miarę wcześnie, to uznałam, że wycieczka do Lasu Bemowskiego będzie świetnym pomysłem. Są tam miejsca bardzo bogate w pszczoły, gdzie zawsze można liczyć na coś ciekawego. Kiedy przyjechałam, głowa bolała trochę bardziej… Ale przecież to miał być tylko rekreacyjny krótki spacer, a potem do domu. Cóż, nie wyszło.

Chodząc po łące, w pewnym momencie zobaczyłam podejrzaną brązową pszczołę odwiedzającą kwiaty roślin motylkowych. Niewiele myśląc, złapałam ją, żeby obfotografować z każdej strony i w miarę możliwości oznaczyć gatunek. Z szybkich oględzin wyszło na to, że właśnie spotkałam swoją pierwszą smółkę, samiczkę. Jak to często bywa (niestety, również w przypadku gatunków dla mnie ciekawych albo trudnych do oznaczenia), pszczoła była sprytniejsza i uwolniła się, zanim zdążyłam ją obfotografować ze wszystkich stron. W tym momencie głowa bolała już bardzo, bo pomimo późnej pory wcale nie było specjalnie chłodno, ale skoro wiedziałam już, że jest tutaj komonicówka, to uznałam, że nie ruszę się stąd bez jej zdjęć na kwiatach. No i zaczęło się czekanie i wypatrywanie. Na szczęście się doczekałam i nie musiałam nocować na łące 😉

Niestety okazało się, że ten dzień był stanowczo zbyt długi. Zlekceważenie sygnałów dawanych przez mój organizm, że może byśmy tak zwolnili, musiałam nieco odchorować, a następnego dnia zamiast w głąb Kampinosu powędrowałam do Łazienek, gdzie snułam się w ślimaczym tempie, wypatrując pszczół na rabatkach. No, ale swoją smółkę miałam.

Niedługo później w innym miejscu spotkałam do kompletu samca. Możecie zobaczyć na zdjęciach tę żółtą buzię, o której wspominałam.

Pszczoła na sobotę

Rożyca błękitnawa, Ceratina cyanea, na jasieńcu. Zwróćcie uwagę na metaliczny połysk widoczny na tułowiu i na różowy pyłek w szczoteczce na tylnej nodze 🙂 Rożyce to stosunkowo małe pszczoły, i trzeba im się dobrze przyjrzeć, żeby dostrzec ten piękny połysk na ich ciele. Aha, jeśli mimo przyglądania się pszczoła nie ma połysku, a wygląda jak rożyca, to może to być po prostu rożyca pospolita, drugi gatunek z tego rodzaju występujący w Polsce 😉

Zdjęcie zrobiłam w tym roku w Krakowie. W jednym z dzikszych miejsc na terenie miasta (tak tak, są takowe 😉 ), ale rożyce widywałam również w miejscach bardziej „cywilizowanych”. Wspominam o tym na dowód tego, co bardzo często podkreślam, mianowicie że fajne gatunki dzikich pszczół można spotkać wszędzie, i duże miasta nie są tu żadnym wyjątkiem 🐝

Pszczele nowości 2022 – Anthidium punctatum

Sezon 2022 był poświęcony pszczołom, taki był plan od samego początku. Miałam dużo pracy w terenie, wolny czas też w dużej mierze spędzałam na gonieniu tych owadów. Udało mi się spotkać parę gatunków, których do tej pory nie widziałam, w tym takich, które bardzo chciałam zobaczyć. Teraz, kiedy zrobiło się chłodniej i już nie będę chodzić w teren, przedstawię Wam spotkane przeze mnie pszczoły i opowiem o tych spotkaniach.

Spotkanie z makatką wełnistą (Anthidium punctatum) należało do tych niespodziewanych. Po prostu poszłam „na pszczoły”, bez szczególnego celu, tylko żeby zobaczyć, co akurat lata. Często robię sobie takie bliższe i dalsze (zwykle bliższe) wycieczki. Tego dnia wybrałam stary wapienny kamieniołom. Już po przyjściu w to miejsce wiedziałam, że będzie ciekawie. Same widoki rozciągające się z góry były przepiękne i nawet dla nich warto było przyjechać, ale pszczoły również dopisały. Nie dziwię im się, bo kwitł żmijowiec, komonice i inne rośliny z rodziny bobowatych… długo by wymieniać. Do jednej z tych roślin bobowatych w pewnym momencie przyleciała mała, czarno-żółta (a może bardziej, jak widać na zdjęciu, czarno-biała) pszczółka. Od razu zwróciłam na nią uwagę, bo takiej jeszcze do tej pory nie widziałam. Nie jest łatwo złapać pszczołę, szczególnie samca – samiczki zwykle zatrzymują się choć na chwilę na kwiatach, żeby zebrać pyłek albo nektar, ale samce potrafią krążyć dłuższy czas bez zatrzymywania – w końcu nie zbierają pokarmu dla swoich dzieci i jedyne czego potrzebują, to łyk „paliwa” od czasu do czasu. W każdym razie, w końcu się udało. Szybkie oznaczanie z klucza w terenie – był to akurat na tyle wdzięczny gatunek, że dało się go w ten sposób oznaczyć na żywo, z użyciem małej kieszonkowej lupki – i zwierzak odlatywał z mojej ręki już jako rozpoznana makatka wełnista.

Przypominam – nie róbcie tego w domu 😉 Jeśli nie wiecie, jak łapać pszczoły bezpiecznie dla nich i dla siebie, nigdy nie chwytajcie ich w palce. Na zdjęciu pierwszy spotkany przeze mnie samiec makatki wełnistej (Anthidium punctatum). Widać, że to bardzo mała pszczoła (chociaż owszem, bywają i mniejsze). Charakterystyczną cechą u obu płci są po cztery plamki na tergitach (po dwie, a nie po jednej, na jedną stronę ciała) – choć tutaj uwaga na makatkę zbójnicę, u której też widywałam takie mniej lub bardziej rozdzielone plamki. No, ale ona jest sporo większa od tego maleństwa.

Kiedy identyfikacja już została dokonana, chciałam wejść na kolejny poziom wtajemniczenia i zrobić moim gwiazdom zdjęcia w naturze, bo jednak wkurzona pszczoła trzymana w łapie to nie jest coś, czym chciałabym się specjalnie chwalić – chociaż do celów dokumentacyjnych czasami jest to najlepsza lub nawet jedyna możliwość w danych warunkach (np. kiedy złapana pszczoła po wypuszczeniu odleci w siną dal i już nie wróci). Okazało się, że samice są niemal równie nieuchwytne jak samce. Zresztą, możecie się przekonać sami – to są najlepsze zdjęcia, które udało mi się zrobić…


Trochę jesiennych pszczół

Jeśli ktoś z czytających śledzi mojego Facebooka, to wie, że parę dni temu zobaczyłam, po raz pierwszy w swoim życiu, spójnicę zagorzałkę (Melitta tricincta). Nie miałam ze sobą przy tym spotkaniu dobrego aparatu i dziś chciałam tego gatunku poszukać w innym miejscu. Niestety nie znalazłam, za to pod obiektyw nawinęły się inne pszczoły.

Samczyk zieleniczki (Halictus, podrodzaj Seladonia)

Samiec trzmielca żółtego (Bombus (Psithyrus) campestris)

Miodna (Apis mellifera) – ich zawsze wszędzie pełno 😉

Zamyślona mamrzyca (Epeolus sp.)

Czy murarka ma żądło?

Aby nie trzymać Was w niepewności, odpowiem na tytułowe pytanie o razu – tak, ma.

W sieci można się natknąć na artykuły, w których pszczoła ta opisywana jest jako pozbawiona żądła. Skąd się wzięło to przekonanie? Zapewne stąd, że murarka ogrodowa, podobnie jak większość innych dzikich pszczół, używa żądła bardzo rzadko. Nie atakuje w obronie gniazda, zagrożona ratuje się ucieczką i tylko kiedy nie ma innego wyjścia, żądli. Dlatego większość osób, również tych hodujących murarkę ogrodową, nigdy użądlona nie zostanie. No, chyba że złapią samiczkę w rękę (tylko samice mają żądła, to reguła dotyczącą wszystkich pszczół) albo dostanie im się ona pod ubranie i gdzieś ją tam niechcący przycisną.





A tutaj zdjęcie samicy murarki ogrodowej, które – mam nadzieję – rozwieje wątpliwości w kwestii żądła 😉

Porobnica włochatka

Niełatwo zrobić zdjęcie porobnicy włochatce (Anthophora plumipes). Zrobienie dobrego zdjęcia samcowi w mojej skromnej opinii graniczy z cudem. Przedstawiciele obu płci są szybcy i mogą być płochliwi. W przypadku samicy można liczyć na to, że zatrzyma się na odpowiednio długą chwilę przy kwiecie. Samce nie zbierają jedzenia dla potomstwa, za to patrolują teren w poszukiwaniu partnerek. Latają po stałej trasie od kwiatka do kwiatka, prawie wcale się nie zatrzymując, a jeśli już, to na krótką chwilę, żeby uzupełnić energię nektarem.

Historia zrobienia tej serii zdjęć nie jest niestety zbyt wesoła. Samicy ewidentnie coś dolegało. Siedziała na jednym z licznych podbiałów rosnących na skrawku trawnika, nad którymi kręciło się kilka samców. Nie zachowywała się jak zwykle porobnice (czyli jakby jej się bardzo spieszyło), przemieszczała się tylko na piechotę i to niezbyt prędko. Wyraźnie nie czuła się najlepiej.

Samcom nie przeszkadzało to jednak w zalecaniu się do niej. Podlatywały blisko, zawisały tuż przed nią, a ona oganiała się od nich. Obserwując tę scenę, niemal czuło się jej irytację. Być może kiedyś zdarzyło Wam się, że trzmiel pomachał do Was łapką – mam złą wiadomość, wcale się nie witał, tylko chciał Was odstraszyć. Ten ostrzegawczy gest unoszenia przedniej nogi najwyraźniej istnieje również w mowie ciała porobnic.

Dzięki temu, że scena ta rozgrywała się w jednym miejscu, a samców jak magnes przyciągała nieszczęsna samica, wiedziałam przynajmniej, gdzie kierować i ostrzyć aparat. Tylko dzięki temu udało mi się uchwycić w jednym kadrze trzy porobnice naraz.

Pszczolinka i jej kukułka

Niedawno miałam przyjemność zadebiutować w Tygodniku Powszechnym artykułem „Sekretne życie pszczół”(klik) , opowiadającym o pszczołach pasożytach. Jednocześnie w ostatnich dniach obserwowałam pewną kolonię pszczolinki podbiałówki Andrena clarkella (dziękuję Kasi za podzielenie się mną swoją zeszłoroczną obserwacją tych pszczół, dzięki czemu w tym roku mogłam tę kolonię odnaleźć) i oglądałam na żywo, jak zachowują się pszczoły-kukułki.

↑Pszczolinka podbiałówka Andrena clarkella
↑Koczownica Nomada leucophthalma

Andrena clarkella to pszczoła wczesnowiosenna, specjalistka zbierająca pyłek z wierzb. Jej pasożytem gniazdowym jest koczownica z gatunku Nomada leucophthalma i to najprawdopodobniej właśnie ją obserwowałam. Kiedy po raz pierwszy odwiedziłyśmy z Olą kolonię, kręciło się przy niej kilka koczownic, a pszczolinki co jakiś czas przylatywały i odlatywały. Według literatury, A. clarkella spędza w gnieździe średnio prawie pół godziny, a poza gniazdem półtorej, więc zbyt dużo się ich nie naoglądałyśmy. Co ciekawe, pszczoły te zasypują swoje norki, kiedy odlatują po pokarm, i wtedy ich położenie zdradza niski kopczyk ze świeżej ziemi nieco innego koloru. Kiedy byłam przy kolonii dzisiaj, samic zobaczyłam niewiele i były wyraźnie zmęczone życiem – rude futerko na grzbiecie wypłowiałe lub nieco wytarte, niepewne i ostrożne ruchy. Z kolei koczownic wydawało się być jeszcze więcej niż ostatnio – zdarzało się, że w zasięgu wzroku miałam cztery jednocześnie.

↑Ta samica pszczolinki najlepsze dni ma już za sobą.

Korzystając z okazji, chciałabym pozdrowić Państwa z pieskiem, który nieopatrznie próbował przejść się po gniazdach w czasie naszej pierwszej wizyty (nie gniewamy się, spłoszone pszczoły szybko wróciły na miejsce 😉 ) oraz Państwa bez pieska, z którymi przez chwilę rozmawiałam dziś o dzikich pszczołach.

Poniżej krótka historia zaprzyjaźniania się z koczownicą:

Grzebacz to nie pszczoła

Nie interesuję się jakoś przesadnie systematyką błonkówek i nie śledzę z uwagą najnowszych w niej zmian, a w nazewnictwie polskim sama nie jestem przesadnie biegła i zdarza mi się popełniać błędy, z powodu których systematycy złapaliby się za głowę. Ale to napisać muszę, bo dotyczy mojej ulubionej grupy i chciałabym, żeby była jasność, jak ona się nazywa i co obejmuje, a czego nie 🙂

Na zdjęciu taszczyn pszczeli – grzebacz, nie pszczoła 🙂

Zaczęło się od tego, że parokrotnie przeczytałam w internecie, jak ktoś nazywał grzebacza pszczołą (jeśli, szanowny Czytelniku, tak właśnie robiłeś, to nie odbieraj mojego wpisu zbyt osobiście, bo nawet jeśli to Twój komentarz czytałam, to nie byłeś jedyną osobą tak piszącą). Tymczasem grzebacze (czyli na przykład taszczyn pszczeli czy wardzanka) są z pszczołami blisko spokrewnione, ale do pszczół nie należą. Kim są pszczoły i skąd pomysł, by grzebacze do nich należały?

Wardzanka (Bembix rostrata) – grzebacz, nie pszczoła

Dawniej grzebacze i pszczoły należały do dwóch odrębnych nadrodzin: Sphecoidea i Apoidea. Okazało się jednak, że te grupy nie tylko są ze sobą bardzo blisko spokrewnione, ale ta pierwsza jest grupą parafiletyczną – oznacza to, że wszystkie zaliczane do niej gatunki mają wspólnego przodka, ale są też inne gatunki od tego przodka pochodzące, a będące poza grupą. Prostszymi słowy, grupa obejmuje jedną „bliska rodzinę”, ale niektórzy jej „członkowie” zostali z niej wyłączeni. Tymi wyłączonymi „członkami rodziny” są właśnie pszczoły. To trochę analogiczna sytuacja jak z ptakami, które – jak być może wiecie – właściwie powinny być gadami (pochodzą od dinozaurów), ale systematyka stworzyła dla nich osobny takson.

Grzebacz, ale w przeciwieństwie do dwóch pokazanych powyżej, przedstawiciel rodziny Sphecide, nie Crabronidae. Zidentyfikowany kiedyś na forum entomo.pl jako nęk świerszczojad (Sphex funerarius).

Ponieważ grupy parafiletyczne nie są lubiane w taksonomii, to połączono pszczoły z grzebaczami w jedną grupę. Odtąd w Apoidea były już nie tylko pszczoły, ale pszczoły i grzebacze. Apoidea dzieli się z kolei na rodziny. Pszczoły są zgrupowane w kilku rodzinach, grzebacze w kilku innych, a wszystkie one razem wrzucone do tej taksonomicznej szufladki o nazwie Apoidea. O ile wiem, nie ma „oficjalnej” rangi taksonomicznej, która grupowałaby pszczoły. Nie oznacza to bynajmniej, że to, co po polsku określaliśmy pszczołami, przestało istnieć albo że ta nazwa zaczęła obejmować więcej gatunków niż dotąd – pszczoły od zawsze były uznawane za dobrze wyodrębnioną, monofiletyczną (czyli pochodzącą od jednego wspólnego przodka) grupę – i mają też swoją łacińską nazwę: Apiformes albo Anthophila. Mimo że straciły swoją dawniejszą jednostkę taksonomiczną, pszczoły pozostały pszczołami.

Pszczoła w objęciach grzebacza. Grzebacze karmią swoje larwy pokarmem zwierzęcym, w przeciwieństwie do pszczół, których larwy są pyłkożercami. Tutaj ofiarą grzebacza (podejrzewam Cerceris z powodu kształtu odwłoka) padła jakaś przedstawicielka rodziny Halictidae.

Kim są zatem pszczoły? Otóż są to wszyscy przedstawiciele następujących rodzin: Apidae, Melittidae, Andrenidae, Colletidae, Halictidae, Megachilidae i Stenotritidae (przedstawiciele tej ostatniej nie występują w Polsce), i tylko oni. Tak jest również w piśmiennictwie anglojęzycznym: określenie „bee” odpowiada temu, co po polsku określamy jako „pszczoły”. Z grzebaczami i innymi błonkówkami nie jest tak prosto – po angielsku większość (albo i wszystkie?) żądłówek innych niż pszczoły i mrówki to „wasps”. Na polski słowo „wasps” można by tłumaczyć jako „osy”, ale po angielsku ma ono o wiele szersze znaczenie niż u nas. Na przykład u nas osami określa się przedstawicieli rodziny Vespidae, podczas gdy Anglicy mają też digger waps – „osy grzebiące”, czyli grzebacze, cuckoo wasps – „osy-kukułki”, czyli złotolitki, fig wasps – „osy figowe”, czyli przedstawicieli nadrodziny Chalcidoidea rozwijający się w owocach fig, i tak dalej, i tak dalej.

Lepiarka (Colletes sp) – pszczoła, nie grzebacz 🙂

Zakończę ten wpis taksonomiczną ciekawostką dotyczącą pszczół. Otóż rodzina lepiarkowatych (Colletidae) przez długi czas była uznawana za najpierwotniejszą – najbardziej zbliżoną do przodków wszystkich pszczół. Wynikało to np. z tego, że mają one języczek rozdwojony i rozszerzony na końcu, co przypomina nieco języczki grzebaczy. Niedawno okazało się, że ta cecha pojawiła się u nich niezależnie i nie są najprymitywniejszą, ale mocno zaawansowaną ewolucyjnie rodziną. Zaskakujące zwroty akcji w taksonomii mogą się, jak widać, wciąż zdarzać. Podobnie jak odkrycia nowych gatunków, i to niekoniecznie takich, które są rozróżnialne tylko poprzez badanie DNA – ale to już temat na inny wpis 🙂

Skrócinki

Mamy w Polsce dwa gatunki skrócinek: Macropis fulvipes i Macropis europaea. Różnią się dość subtelnie – samice przede wszystkim ubarwieniem tylnych odnóży, a samce – ilością żółtego na twarzy. To dość niezwykłe pszczoły, bo samice zbierają dla potomstwa nie tylko pyłek i nektar, ale również olejki roślinne. Po pyłek i wspomniane olejki latają wyłącznie na kwiaty tojeści – nic nie wiadomo o tym, żeby zbierały je z jakichkolwiek innych roślin.

Nieco inaczej jest z nektarem – tojeść go nie wytwarza, dlatego skrócinki muszą go szukać gdzie indziej. Na przykład na roślinach z rodziny złożonych, jak na zdjęciach poniżej.

Żerując na kwiatach, samice skrócinek często podnoszą tylne nogi (jedną lub obie) w bardzo charakterystyczny sposób. W książce „The Solitary Bees” wyczytałam, że jest to sygnał dla samców, mówiący: „nie jestem zainteresowana zalotami, zostaw mnie w spokoju”. Gdyby samiec udał, że nie rozumie aluzji, to wyciągnięte nóżki same w sobie są też barierą utrudniającą próby kopulacji.

A jak wygląda samiec? Otóż tak:

Na zdjęciu powyżej samiec Macropis fulvipes, bardziej żółtego z dwóch polskich gatunków. Z kolei samice ze zdjęć w tym poście to Macropis europaea – być może poza pierwszym zdjęciem, na którym – z powodu oblepienia odnóży pyłkiem – oznaczenie gatunku jest dla mnie zupełnie niemożliwe.

Dzika przyroda na trawniku

Nieodmiennie zachwyca mnie, jak ciekawe pod względem przyrodniczym potrafi być miasto. W miejskim parku można spotkać uszatkę, dzięcioła zielonego albo droździka na przelocie, a w lichym lasku pięćset metrów od domu – puszczyka uralskiego (tak, wszystkie te przypadki mi się przytrafiły). A co można spotkać na miejscu takim jak na zdjęciu?

Tak, dobrze widzicie, chodzi o ten kawałek z nieco wyższymi roślinami na pierwszym planie. To miejsce moich może godzinnych obserwacji, których efekty opisuję niżej, można było przejść wzdłuż w trzech krokach, a wszerz w jakichś pięciu.

Trawniczek osiedlowy jakich wiele, nie skoszony „na zero” (i super!), ale też nie jakoś wybitnie zapuszczony. Te większe rośliny to, jeśli się nie mylę, lucerna, w każdym razie na pewno coś z rodziny motylkowatych (Fabaceae). Ale to wystarczyło, żeby dokonać tutaj obserwacji, które niesamowicie mnie ucieszyły. Dodam tylko, że skupiałam się głównie na pszczołach, więc możliwe, że ciekawych obiektów obserwacji było więcej, tylko nie zwróciłam na nie należnej uwagi 🙂

Praktycznie zaraz po przyjściu w to miejsce, pokazała się pierwsza „bomba” – taki piękny trzmiel. W oznaczaniu przedstawicieli tego rodzaju nie jestem biegła, może napiszę kiedyś osobny post o tym, jak bardzo nie umiem oznaczać trzmieli i pszczół w ogóle 😉 Moim pierwszym skojarzeniem przy tym samcu był trzmiel zmienny (Bombus humilis) – jak sama nazwa wskazuje, bywa zmienny w ubarwieniu. Niemniej, mam też parę innych typów, między którymi nie mogę się zdecydować. Być może pomoc w postaci oznaczenia nadejdzie z internetu. W każdym razie, kimkolwiek by nie był, był naprawdę śliczny.
„Znajdź trzmiela”. Na kwiatach żerowało też kilka trzmieli rudych. Niektóre z nich były bardzo ładnie wybarwione, rudy miał ciemny, intensywny lisi odcień – niestety nie udało mi się zrobić dobrego zdjęcia (po prawdzie, nie starałam się bardzo, byłam bardziej skupiona na innych pszczołach…
Dla tej pszczoły przyszłam w to miejsce. Bo nie była to przypadkowa wizyta – ta kępa kwiatów zwróciła moją uwagę parę dni temu, kiedy szłam ze sklepu. Zauważyłam przy niej pszczoły, które podejrzewałam o bycie spójnicami (Melitta). Przedstawicielki tego rodzaju są oligolektczne, to znaczy mają swoje ulubione kwiaty, z których zbierają pyłek. Mam na koncie już jeden zobaczony gatunek z tego rodzaju, spójnicę krwawnicową (Melitta nigricans), żerującą na krwawnicy. Ta jest, jak przypuszczam, spójnicą lucernową (Melitta leporina). Wnioskuję tak na podstawie odwiedzanych kwiatów, bo niestety nie potrafię (jeszcze?) rozróżnić ich po wyglądzie.
Tym razem nie miałam tyle szczęścia co wcześniej i spotkałam tylko samce. Złapałam jednego, żeby się upewnić, że to spójnica. Na zdjęciu widać lekko rozszerzone końce stóp, chrakterystyczne dla spójnic, również użyłkowanie skrzydła się zgadzało. Samiec, jako potwierdzona spójnica, mógł po chwili odlecieć do swoich spraw.
https://justynakierat.files.wordpress.com/2020/08/obraz-25.png
A oto miesierka. Kuzynka murarki, co można poznać po obfitym owłosieniu spodniej strony odwłoka. Tutaj gromadzony jest pyłek, który samiczka zaniesie do gniazda.
Wśród traw ukrywał się też nieco wystrzępiony motyl modraszek.

W tym zestawieniu pominęłam między innymi pszczoły miodne, rozmaite muchówki (w tym kilka gatunków bzygów i łowika ze zdobyczą, któremu nie udało mi się zrobić dobrego zdjęcia), skaczące wśród trawy pasikoniki, jakiegoś grzebacza (który jednakowoż usiadł na psiej kupie, więc zdjęcie wyszło mało estetyczne – swoją drogą, że też jakiś piesek musiał się załatwić akurat w tych właśnie kwiatach…) i kolcoroga bizoniaka, który jest gatunkiem obcym i inwazyjnym w naszym kraju, więc niespecjalnym powodem do radości, ale nie można mu odmówić urody.

Przypomnę, te wszystkie zdjęcia są z miejsca, które widzicie na pierwszej fotografii. Trzeba przyznać, że całe osiedle jest dość ukwiecone, dzikie rośliny kwitną również na innych fragmentach trawnika, a nieco dalej są całkiem zadbane „przyblokowe” ogródki. Kępa kwiatów pośrodku czystego betonu nie zaspokoi potrzeb owadów. Jednak na szczęście w naszych miastach jak na razie trochę tej zieleni się chowa. Jeśli zastanawiacie się, czy mając maleńki kawałek ogródka warto go trochę „zapuścić”, albo czy nieskoszenie jednej kwitnącej akurat kępy kwiatów pośrodku trawnika zrobi jakąś różnicę, to tak – zrobi i warto 🙂