Pszczele nowości 2022 – Trachusa byssina

Dziś drugi odcinek telenoweli pod tytułem „jakie nowe gatunki pszczół Żołna widziała w tym roku”. Historia będzie z dreszczykiem, takim na miarę Żołny. Ale najpierw przedstawię jej główną bohaterkę.

Ze smółką komonicówką (Trachusa byssina) zaznajomiłam się bliżej dzięki Kamili Chomicz, która gości te sympatyczne pszczoły niedaleko swojego domu. Nie, nie zobaczyłam ich tam na żywo, ale poznałam dzięki zdjęciom i opowieściom Kamili. Smółka komonicówka to jedyny przedstawiciel swojego rodzaju (Trachusa) żyjący w Polsce, i jedyny w Europie bez żółtego koloru w ubarwieniu ciała (chociaż nie, jest jeden żółty akcent, to twarz u samców). Podczas gdy inne smółki bywają podobne do makatek, z powodu żółtych pasków na odwłoku, smółkę komonicówkę prędzej można pomylić z jakąś brązową murarką. Jej ciało jest czarne, pokryte futerkiem w odcieniach beżowo-brązowych. Zresztą zobaczcie sami.

Smółka komonicówka gniazduje w ziemi, w samodzielnie wykopanych tunelach, które wykłada kawałkami liści oraz żywicą. Jest wyspecjalizowana pokarmowo – zbiera pyłek z kwiatów roślin motylkowych, ze szczególnym upodobaniem wobec, cóż za zaskoczenie, komonicy.

Moje pierwsze spotkanie ze smółką należało, podobnie jak w poprzednio opisywanej na blogu historii, do przypadkowych. Nie szukałam jej specjalnie i nie wiedziałam, że ją znajdę w tym akurat miejscu i czasie. Pewnego lipcowego dnia pojechałam do Warszawy na kolejne obserwacje pszczół w Kampinoskim Parku Narodowym, gdzie prowadzę badania. Wstałam o nieżołniej porze, żeby zdążyć na poranny pociąg, dzięki czemu koło południa byłam już na miejscu i po zostawieniu walizki ruszyłam do Puszczy. Pogoda była piękna, nawet aż za. Kiedy wracałam z obserwacji, od gorąca i niewyspania zaczynała już lekko boleć mnie głowa, ale że wciąż było w miarę wcześnie, to uznałam, że wycieczka do Lasu Bemowskiego będzie świetnym pomysłem. Są tam miejsca bardzo bogate w pszczoły, gdzie zawsze można liczyć na coś ciekawego. Kiedy przyjechałam, głowa bolała trochę bardziej… Ale przecież to miał być tylko rekreacyjny krótki spacer, a potem do domu. Cóż, nie wyszło.

Chodząc po łące, w pewnym momencie zobaczyłam podejrzaną brązową pszczołę odwiedzającą kwiaty roślin motylkowych. Niewiele myśląc, złapałam ją, żeby obfotografować z każdej strony i w miarę możliwości oznaczyć gatunek. Z szybkich oględzin wyszło na to, że właśnie spotkałam swoją pierwszą smółkę, samiczkę. Jak to często bywa (niestety, również w przypadku gatunków dla mnie ciekawych albo trudnych do oznaczenia), pszczoła była sprytniejsza i uwolniła się, zanim zdążyłam ją obfotografować ze wszystkich stron. W tym momencie głowa bolała już bardzo, bo pomimo późnej pory wcale nie było specjalnie chłodno, ale skoro wiedziałam już, że jest tutaj komonicówka, to uznałam, że nie ruszę się stąd bez jej zdjęć na kwiatach. No i zaczęło się czekanie i wypatrywanie. Na szczęście się doczekałam i nie musiałam nocować na łące 😉

Niestety okazało się, że ten dzień był stanowczo zbyt długi. Zlekceważenie sygnałów dawanych przez mój organizm, że może byśmy tak zwolnili, musiałam nieco odchorować, a następnego dnia zamiast w głąb Kampinosu powędrowałam do Łazienek, gdzie snułam się w ślimaczym tempie, wypatrując pszczół na rabatkach. No, ale swoją smółkę miałam.

Niedługo później w innym miejscu spotkałam do kompletu samca. Możecie zobaczyć na zdjęciach tę żółtą buzię, o której wspominałam.

Pszczoła na sobotę

Rożyca błękitnawa, Ceratina cyanea, na jasieńcu. Zwróćcie uwagę na metaliczny połysk widoczny na tułowiu i na różowy pyłek w szczoteczce na tylnej nodze 🙂 Rożyce to stosunkowo małe pszczoły, i trzeba im się dobrze przyjrzeć, żeby dostrzec ten piękny połysk na ich ciele. Aha, jeśli mimo przyglądania się pszczoła nie ma połysku, a wygląda jak rożyca, to może to być po prostu rożyca pospolita, drugi gatunek z tego rodzaju występujący w Polsce 😉

Zdjęcie zrobiłam w tym roku w Krakowie. W jednym z dzikszych miejsc na terenie miasta (tak tak, są takowe 😉 ), ale rożyce widywałam również w miejscach bardziej „cywilizowanych”. Wspominam o tym na dowód tego, co bardzo często podkreślam, mianowicie że fajne gatunki dzikich pszczół można spotkać wszędzie, i duże miasta nie są tu żadnym wyjątkiem 🐝

Pszczele nowości 2022 – Anthidium punctatum

Sezon 2022 był poświęcony pszczołom, taki był plan od samego początku. Miałam dużo pracy w terenie, wolny czas też w dużej mierze spędzałam na gonieniu tych owadów. Udało mi się spotkać parę gatunków, których do tej pory nie widziałam, w tym takich, które bardzo chciałam zobaczyć. Teraz, kiedy zrobiło się chłodniej i już nie będę chodzić w teren, przedstawię Wam spotkane przeze mnie pszczoły i opowiem o tych spotkaniach.

Spotkanie z makatką wełnistą (Anthidium punctatum) należało do tych niespodziewanych. Po prostu poszłam „na pszczoły”, bez szczególnego celu, tylko żeby zobaczyć, co akurat lata. Często robię sobie takie bliższe i dalsze (zwykle bliższe) wycieczki. Tego dnia wybrałam stary wapienny kamieniołom. Już po przyjściu w to miejsce wiedziałam, że będzie ciekawie. Same widoki rozciągające się z góry były przepiękne i nawet dla nich warto było przyjechać, ale pszczoły również dopisały. Nie dziwię im się, bo kwitł żmijowiec, komonice i inne rośliny z rodziny bobowatych… długo by wymieniać. Do jednej z tych roślin bobowatych w pewnym momencie przyleciała mała, czarno-żółta (a może bardziej, jak widać na zdjęciu, czarno-biała) pszczółka. Od razu zwróciłam na nią uwagę, bo takiej jeszcze do tej pory nie widziałam. Nie jest łatwo złapać pszczołę, szczególnie samca – samiczki zwykle zatrzymują się choć na chwilę na kwiatach, żeby zebrać pyłek albo nektar, ale samce potrafią krążyć dłuższy czas bez zatrzymywania – w końcu nie zbierają pokarmu dla swoich dzieci i jedyne czego potrzebują, to łyk „paliwa” od czasu do czasu. W każdym razie, w końcu się udało. Szybkie oznaczanie z klucza w terenie – był to akurat na tyle wdzięczny gatunek, że dało się go w ten sposób oznaczyć na żywo, z użyciem małej kieszonkowej lupki – i zwierzak odlatywał z mojej ręki już jako rozpoznana makatka wełnista.

Przypominam – nie róbcie tego w domu 😉 Jeśli nie wiecie, jak łapać pszczoły bezpiecznie dla nich i dla siebie, nigdy nie chwytajcie ich w palce. Na zdjęciu pierwszy spotkany przeze mnie samiec makatki wełnistej (Anthidium punctatum). Widać, że to bardzo mała pszczoła (chociaż owszem, bywają i mniejsze). Charakterystyczną cechą u obu płci są po cztery plamki na tergitach (po dwie, a nie po jednej, na jedną stronę ciała) – choć tutaj uwaga na makatkę zbójnicę, u której też widywałam takie mniej lub bardziej rozdzielone plamki. No, ale ona jest sporo większa od tego maleństwa.

Kiedy identyfikacja już została dokonana, chciałam wejść na kolejny poziom wtajemniczenia i zrobić moim gwiazdom zdjęcia w naturze, bo jednak wkurzona pszczoła trzymana w łapie to nie jest coś, czym chciałabym się specjalnie chwalić – chociaż do celów dokumentacyjnych czasami jest to najlepsza lub nawet jedyna możliwość w danych warunkach (np. kiedy złapana pszczoła po wypuszczeniu odleci w siną dal i już nie wróci). Okazało się, że samice są niemal równie nieuchwytne jak samce. Zresztą, możecie się przekonać sami – to są najlepsze zdjęcia, które udało mi się zrobić…


Trochę jesiennych pszczół

Jeśli ktoś z czytających śledzi mojego Facebooka, to wie, że parę dni temu zobaczyłam, po raz pierwszy w swoim życiu, spójnicę zagorzałkę (Melitta tricincta). Nie miałam ze sobą przy tym spotkaniu dobrego aparatu i dziś chciałam tego gatunku poszukać w innym miejscu. Niestety nie znalazłam, za to pod obiektyw nawinęły się inne pszczoły.

Samczyk zieleniczki (Halictus, podrodzaj Seladonia)

Samiec trzmielca żółtego (Bombus (Psithyrus) campestris)

Miodna (Apis mellifera) – ich zawsze wszędzie pełno 😉

Zamyślona mamrzyca (Epeolus sp.)

Czy murarka ma żądło?

Aby nie trzymać Was w niepewności, odpowiem na tytułowe pytanie o razu – tak, ma.

W sieci można się natknąć na artykuły, w których pszczoła ta opisywana jest jako pozbawiona żądła. Skąd się wzięło to przekonanie? Zapewne stąd, że murarka ogrodowa, podobnie jak większość innych dzikich pszczół, używa żądła bardzo rzadko. Nie atakuje w obronie gniazda, zagrożona ratuje się ucieczką i tylko kiedy nie ma innego wyjścia, żądli. Dlatego większość osób, również tych hodujących murarkę ogrodową, nigdy użądlona nie zostanie. No, chyba że złapią samiczkę w rękę (tylko samice mają żądła, to reguła dotyczącą wszystkich pszczół) albo dostanie im się ona pod ubranie i gdzieś ją tam niechcący przycisną.





A tutaj zdjęcie samicy murarki ogrodowej, które – mam nadzieję – rozwieje wątpliwości w kwestii żądła 😉

Porobnica włochatka

Niełatwo zrobić zdjęcie porobnicy włochatce (Anthophora plumipes). Zrobienie dobrego zdjęcia samcowi w mojej skromnej opinii graniczy z cudem. Przedstawiciele obu płci są szybcy i mogą być płochliwi. W przypadku samicy można liczyć na to, że zatrzyma się na odpowiednio długą chwilę przy kwiecie. Samce nie zbierają jedzenia dla potomstwa, za to patrolują teren w poszukiwaniu partnerek. Latają po stałej trasie od kwiatka do kwiatka, prawie wcale się nie zatrzymując, a jeśli już, to na krótką chwilę, żeby uzupełnić energię nektarem.

Historia zrobienia tej serii zdjęć nie jest niestety zbyt wesoła. Samicy ewidentnie coś dolegało. Siedziała na jednym z licznych podbiałów rosnących na skrawku trawnika, nad którymi kręciło się kilka samców. Nie zachowywała się jak zwykle porobnice (czyli jakby jej się bardzo spieszyło), przemieszczała się tylko na piechotę i to niezbyt prędko. Wyraźnie nie czuła się najlepiej.

Samcom nie przeszkadzało to jednak w zalecaniu się do niej. Podlatywały blisko, zawisały tuż przed nią, a ona oganiała się od nich. Obserwując tę scenę, niemal czuło się jej irytację. Być może kiedyś zdarzyło Wam się, że trzmiel pomachał do Was łapką – mam złą wiadomość, wcale się nie witał, tylko chciał Was odstraszyć. Ten ostrzegawczy gest unoszenia przedniej nogi najwyraźniej istnieje również w mowie ciała porobnic.

Dzięki temu, że scena ta rozgrywała się w jednym miejscu, a samców jak magnes przyciągała nieszczęsna samica, wiedziałam przynajmniej, gdzie kierować i ostrzyć aparat. Tylko dzięki temu udało mi się uchwycić w jednym kadrze trzy porobnice naraz.

Pszczolinka i jej kukułka

Niedawno miałam przyjemność zadebiutować w Tygodniku Powszechnym artykułem „Sekretne życie pszczół”(klik) , opowiadającym o pszczołach pasożytach. Jednocześnie w ostatnich dniach obserwowałam pewną kolonię pszczolinki podbiałówki Andrena clarkella (dziękuję Kasi za podzielenie się mną swoją zeszłoroczną obserwacją tych pszczół, dzięki czemu w tym roku mogłam tę kolonię odnaleźć) i oglądałam na żywo, jak zachowują się pszczoły-kukułki.

↑Pszczolinka podbiałówka Andrena clarkella
↑Koczownica Nomada leucophthalma

Andrena clarkella to pszczoła wczesnowiosenna, specjalistka zbierająca pyłek z wierzb. Jej pasożytem gniazdowym jest koczownica z gatunku Nomada leucophthalma i to najprawdopodobniej właśnie ją obserwowałam. Kiedy po raz pierwszy odwiedziłyśmy z Olą kolonię, kręciło się przy niej kilka koczownic, a pszczolinki co jakiś czas przylatywały i odlatywały. Według literatury, A. clarkella spędza w gnieździe średnio prawie pół godziny, a poza gniazdem półtorej, więc zbyt dużo się ich nie naoglądałyśmy. Co ciekawe, pszczoły te zasypują swoje norki, kiedy odlatują po pokarm, i wtedy ich położenie zdradza niski kopczyk ze świeżej ziemi nieco innego koloru. Kiedy byłam przy kolonii dzisiaj, samic zobaczyłam niewiele i były wyraźnie zmęczone życiem – rude futerko na grzbiecie wypłowiałe lub nieco wytarte, niepewne i ostrożne ruchy. Z kolei koczownic wydawało się być jeszcze więcej niż ostatnio – zdarzało się, że w zasięgu wzroku miałam cztery jednocześnie.

↑Ta samica pszczolinki najlepsze dni ma już za sobą.

Korzystając z okazji, chciałabym pozdrowić Państwa z pieskiem, który nieopatrznie próbował przejść się po gniazdach w czasie naszej pierwszej wizyty (nie gniewamy się, spłoszone pszczoły szybko wróciły na miejsce 😉 ) oraz Państwa bez pieska, z którymi przez chwilę rozmawiałam dziś o dzikich pszczołach.

Poniżej krótka historia zaprzyjaźniania się z koczownicą:

Nie bójmy się pasków!

Czarne, żółte i czerwone paski to w przyrodzie barwy ostrzegawcze. Są sygnałem, że posiadacz takiego ubarwienia może być niesmaczny, trujący lub jadowity. Zwierzęta rozpoznają te barwy jako zagrożenie i zwykle unikają tak ubarwionych gatunków. Dla nas takie barwy również są czymś odstraszającym, niepokojącym, wszak wiele osób wpada w panikę na widok osy…

Osa społeczna.

Czy słusznie boimy się czarno-żółtych pasków? Okazuje się, że zwykle strach jest nieuzasadniony. Po pierwsze, w większości wypadków osy i inne żądlące owady nie mają najmniejszej ochoty zrobić nam niczego złego. Nawet szerszeń czy osa dachowa nie zaatakują pierwsze, o ile nie zbliżyliśmy się właśnie do gniazda albo nie zagroziliśmy im w sposób bezpośredni (na przykład przydeptując, przyciskając czy… panicznie oganiając się od nich gwałtownymi wymachami rąk).

Szerszeń ze zdobyczą.

Zbliżenie się do gniazda os społecznych stanowi realne zagrożenie pożądleniem (podobnie jak podejście do ula bez odpowiedniego zabezpieczenia). Jednak większość błonkówek to gatunki samotne. Nie bronią one swoich gniazd, co oznacza, że jeśli założą gniazdo w naszym ogrodzie, nie stanowią dla nas żadnego zagrożenia. Gniazda te mają często postać małych dziurek w ziemi, są też gatunki budujące niewielkie gliniane „domki” o różnych kształtach, przyklejane np do ścian budynków, albo zajmujące drobne szczeliny w murze czy nieużywanych sprzętach ogrodowych. Te błonkówki wciąż mogą użądlić, jeśli zostaną zaatakowane bezpośrednio: na przykład złapane w rękę. Ich jad jest jednak zwykle słabszy od jadu gatunków społecznych.

Przedstawicielka kopułkowatych (Eumenidae), samotnych os.

Są i takie owady, które mimo ostrzegawczego wyglądu są zupełnie bezbronne. Nie mają żądła, nie potrafią nawet ugryźć. To mali oszuści, upodabniający się do swoich uzbrojonych kuzynów, aby zyskać ochronę przed drapieżnikami. Niestety, to, co świetnie działa jako ochrona przeciw ptakom (które zostawią takiego owada w spokoju zamiast go zjeść), nie jest już takie korzystne przy spotkaniu z człowiekiem. Zapewne wiele bzygów zginęło przygniecionych kapciem czy gazetą, bo ktoś pomylił je z osą i postanowił „zlikwidować zagrożenie” (choć tak jak opisałam powyżej, nawet szerszenie najczęściej żadnego realnego zagrożenia dla nas nie stanowią).

Lwinka kameleon, muchówka. Co ciekawe, nie jest to przedstawiciel bzygowatych, które są powszechnie (i słusznie) kojarzone z upodabnianiem się do os, ale lwinkowatych.

Dzika przyroda na trawniku

Nieodmiennie zachwyca mnie, jak ciekawe pod względem przyrodniczym potrafi być miasto. W miejskim parku można spotkać uszatkę, dzięcioła zielonego albo droździka na przelocie, a w lichym lasku pięćset metrów od domu – puszczyka uralskiego (tak, wszystkie te przypadki mi się przytrafiły). A co można spotkać na miejscu takim jak na zdjęciu?

Tak, dobrze widzicie, chodzi o ten kawałek z nieco wyższymi roślinami na pierwszym planie. To miejsce moich może godzinnych obserwacji, których efekty opisuję niżej, można było przejść wzdłuż w trzech krokach, a wszerz w jakichś pięciu.

Trawniczek osiedlowy jakich wiele, nie skoszony „na zero” (i super!), ale też nie jakoś wybitnie zapuszczony. Te większe rośliny to, jeśli się nie mylę, lucerna, w każdym razie na pewno coś z rodziny motylkowatych (Fabaceae). Ale to wystarczyło, żeby dokonać tutaj obserwacji, które niesamowicie mnie ucieszyły. Dodam tylko, że skupiałam się głównie na pszczołach, więc możliwe, że ciekawych obiektów obserwacji było więcej, tylko nie zwróciłam na nie należnej uwagi 🙂

Praktycznie zaraz po przyjściu w to miejsce, pokazała się pierwsza „bomba” – taki piękny trzmiel. W oznaczaniu przedstawicieli tego rodzaju nie jestem biegła, może napiszę kiedyś osobny post o tym, jak bardzo nie umiem oznaczać trzmieli i pszczół w ogóle 😉 Moim pierwszym skojarzeniem przy tym samcu był trzmiel zmienny (Bombus humilis) – jak sama nazwa wskazuje, bywa zmienny w ubarwieniu. Niemniej, mam też parę innych typów, między którymi nie mogę się zdecydować. Być może pomoc w postaci oznaczenia nadejdzie z internetu. W każdym razie, kimkolwiek by nie był, był naprawdę śliczny.
„Znajdź trzmiela”. Na kwiatach żerowało też kilka trzmieli rudych. Niektóre z nich były bardzo ładnie wybarwione, rudy miał ciemny, intensywny lisi odcień – niestety nie udało mi się zrobić dobrego zdjęcia (po prawdzie, nie starałam się bardzo, byłam bardziej skupiona na innych pszczołach…
Dla tej pszczoły przyszłam w to miejsce. Bo nie była to przypadkowa wizyta – ta kępa kwiatów zwróciła moją uwagę parę dni temu, kiedy szłam ze sklepu. Zauważyłam przy niej pszczoły, które podejrzewałam o bycie spójnicami (Melitta). Przedstawicielki tego rodzaju są oligolektczne, to znaczy mają swoje ulubione kwiaty, z których zbierają pyłek. Mam na koncie już jeden zobaczony gatunek z tego rodzaju, spójnicę krwawnicową (Melitta nigricans), żerującą na krwawnicy. Ta jest, jak przypuszczam, spójnicą lucernową (Melitta leporina). Wnioskuję tak na podstawie odwiedzanych kwiatów, bo niestety nie potrafię (jeszcze?) rozróżnić ich po wyglądzie.
Tym razem nie miałam tyle szczęścia co wcześniej i spotkałam tylko samce. Złapałam jednego, żeby się upewnić, że to spójnica. Na zdjęciu widać lekko rozszerzone końce stóp, chrakterystyczne dla spójnic, również użyłkowanie skrzydła się zgadzało. Samiec, jako potwierdzona spójnica, mógł po chwili odlecieć do swoich spraw.
https://justynakierat.files.wordpress.com/2020/08/obraz-25.png
A oto miesierka. Kuzynka murarki, co można poznać po obfitym owłosieniu spodniej strony odwłoka. Tutaj gromadzony jest pyłek, który samiczka zaniesie do gniazda.
Wśród traw ukrywał się też nieco wystrzępiony motyl modraszek.

W tym zestawieniu pominęłam między innymi pszczoły miodne, rozmaite muchówki (w tym kilka gatunków bzygów i łowika ze zdobyczą, któremu nie udało mi się zrobić dobrego zdjęcia), skaczące wśród trawy pasikoniki, jakiegoś grzebacza (który jednakowoż usiadł na psiej kupie, więc zdjęcie wyszło mało estetyczne – swoją drogą, że też jakiś piesek musiał się załatwić akurat w tych właśnie kwiatach…) i kolcoroga bizoniaka, który jest gatunkiem obcym i inwazyjnym w naszym kraju, więc niespecjalnym powodem do radości, ale nie można mu odmówić urody.

Przypomnę, te wszystkie zdjęcia są z miejsca, które widzicie na pierwszej fotografii. Trzeba przyznać, że całe osiedle jest dość ukwiecone, dzikie rośliny kwitną również na innych fragmentach trawnika, a nieco dalej są całkiem zadbane „przyblokowe” ogródki. Kępa kwiatów pośrodku czystego betonu nie zaspokoi potrzeb owadów. Jednak na szczęście w naszych miastach jak na razie trochę tej zieleni się chowa. Jeśli zastanawiacie się, czy mając maleńki kawałek ogródka warto go trochę „zapuścić”, albo czy nieskoszenie jednej kwitnącej akurat kępy kwiatów pośrodku trawnika zrobi jakąś różnicę, to tak – zrobi i warto 🙂

Malutkie pszczółki

Na polskiej checkliście pszczół mamy około 470 gatunków (oznacza to, że tyle zostało przynajmniej raz w naszym kraju zaobserwowane i naukowo udokumentowane). Tylko część z nich odpowiada naszym wyobrażeniom o tym, jak powinna wyglądać pszczoła. W rodzinie smuklikowatych (Halictidae) jest szereg gatunków, które prędzej można wziąć za małe muszki niż pszczoły. Co ciekawe, część ich przedstawicieli jest społeczna, co oznacza, że mimo swojego mało imponującego wyglądu tworzą społeczności funkcjonujące podobnie jak to ma miejsce u pszczoły miodnej czy trzmieli.

Samiec pseudosmuklika (Lasioglossum sp.). Jeśli powiększycie zdjęcie i się przyjrzycie, dostrzeżecie białe łatki na przednich brzegach segmentów odwłoka. Smukliki (Halictus) mają przepaski na tylnych brzegach.

Do rodziny smuklikowatych należą m.in. smukliki (Halictus – czasem dzieli się go na dwa rodzaje, Halictus i Seladonia) i pseudosmukliki (Lasioglossum – te z kolei bywają dzielone na Lasioglossum i Evylaeus), które czasami bardzo ciężko jest od siebie odróżnić, nie mówiąc o rozpoznaniu konkretnego gatunku. Trochę łatwiej jest chyba odróżnić samce od samic, bo te pierwsze mają bardziej wydłużone ciało i dłuższe czułki.

Czy widzicie tu pszczołę?
A teraz?
Tak, to naprawdę pszczoła
…i to samica. Wydaje mi się, że to również pseudosmuklik, ale nie jestem pewna.
Znów samica, tym razem smuklika (Halictus) – przepaski znajdują się na końcach segmentów odwłoka. Widać też charakterystyczną dla smuklików i pseudosmuklików podłużną bruzdę na końcu odwłoka.

Te niepozorne pszczółki można spotkać nawet we wrześniu czy październiku, więc macie jeszcze trochę czasu w tym roku, żeby przyglądać się „małym muszkom”.